RSS
wtorek, 03 listopada 2009
Grzegorz Kondrasiuk Festiwal Sztukmistrzów, czyli kontrabanda Kopciuszka

Znacie? To posłuchajcie… Była sobie raz sztuka, a właściwie sztuczka cyrkowa, dziewucha bez manier, gustu i smaku, wrzaskliwie umalowana, wielbicielka małych miasteczek, tandety, taniochy, dziecko z nieprawego łoża prawdziwej sztuki przez duże Es. Choć umiała to i owo (na przykład sama zarabiała na swoje utrzymanie, nie marząc nawet o państwowym, budżetowym cycku, bezpiecznym i stabilnym, zarezerwowanym dla jej poważnych starszych sióstr), nie wpuszczano jej na salony i nie podawano ręki, co najwyżej pozwalano zabawiać nasze dzieci. Wiadomo przecież nie od dziś, że prawdziwa Sztuka musi stronić od tanich wzruszeń, udawać że nie ma ciała, za to od niechcenia rzucić kilka znanych nazwisk, coś z literatury, teatru, malarstwa sztalugowego i muzyki poważnej. 

Ta zbyt prawdziwa bajka o cyrkowym Kopciuszku ma szansę – jak to bajka – dotrzeć do swojego happy endu. Korzystając z przymiotów właściwych krytykom teatralnym, takich jak optymizm, życzliwość wobec świata i wrodzona skłonność do afirmacji, chciałbym w tym miejscu dokonać pozytywnej projekcji, transowo i profetycznie improwizując na ten właśnie temat. Przenieśmy się zatem na chwilę w rzeczywistość alternatywną, w której organizacje pozarządowe, artyści uliczni, amatorzy, a nawet cyrkowcy mają równoprawny dostęp do tzw. środków na działalność kulturalną i minimalne wsparcie socjalne. Artyści cyrkowi nie muszą się kryć w gettach namiotów, w komercyjnej pogoni za publiczką, poklaskiem i gotówką. Oprócz zaimpregnowanych na zmiany, zastygłych w niezmiennej formie widowisk cyrkowych rozwija się Nowy Cyrk: widowiska i akcje plenerowe, teatr ubogi, z ducha anarchistyczny, swobodnie czerpiący inspiracje z życia i innych dziedzin sztuki. Powstaje kasta kuglarzy – wolnych artystów sztuki ulicy. Cyrk przestaje się kojarzyć ogółowi społeczeństwa z wyliniałymi lwami, klaunem którego zawsze i nieodmiennie kopią w dupę i tak śmiesznie się przewraca, etc. etc. Co więcej – widowisko nie operujące słowem, opowiadające swoje historie za pomocą ekwilibrystyki na trapezie albo wstęgach, żonglerki, pantomimy, najróżniejszych form animacji przedmiotu zdobywa status równy teatrowi dramatycznemu. Ulica bogaci się w nowe, nieznane ogółowi formy sztuki. Zwykły, statystyczny odbiorca uczy się czytać metafory teatralne. Jest po prostu kolorowo. Czyli normalnie. Nareszcie.

Teatr w cyrku – cyrk w teatrze

Niemożliwe? Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego. A póki co dostrzeżmy pierwsze oznaki tego rodzaju przemian, wyzwalania się naszych umysłów, a także miast, ulic i placów z późnosocjalistycznych i wczesnokapitalistycznych balastów. Tak się dziwnym trafem złożyło, że w okresie kanikuły mieliśmy w Lublinie do czynienia z dwiema sporymi imprezami, których twórcy deklarują ten właśnie cel: tegoroczna, czwarta edycja Festiwalu Sąsiedzi, Festiwal Sztukmistrzów (31 VII – 2 VIII). Choć obie cyrk obrały sobie za motyw główny, to jego realizacja przebiegała w dwóch, dokładnie rozbieżnych kierunkach. Oglądaliśmy zatem wyjście z teatru w stronę cyrku – w przypadku niektórych grup teatralnych goszczących na Sąsiadach, i cyrk, któremu nie wystarcza ekwilibrystyka, tricki i sprawność fizyczna, i który patrzy w stronę teatru – na Festiwalu Sztukmistrzów. Nie chciałbym kwestionować zasług oglądanych na Sąsiadach trup teatralnych, ale przyznaję bez ogródek – znacznie większą dawkę pozytywnych emocji dostarczyli mi kuglarze goszczący na „Sztukmistrzach”. Umiejętności cyrkowe zbyt często bywają w teatrze zwykłą podpórką, błyskotką, samo ich wstawienie w aktorską narrację nie wystarczy, aby dotknąć sedna sprawy. Wolę już kuglarski teatr malutki, ubogi, bezpretensjonalny, pozornie nieambitny, który podstępnie wabi fizyczną sprawnością, a szmery metafizyczne przemyca gdzieś pomiędzy trickami. 


Pod płaszczykiem - teatr


Nowy Cyrk na Festiwalu Sztukmistrzów w Lublinie prowadził działalność dywersyjną – pod płaszczykiem cyrku (za darmo!), w prawdziwym cyrkowym namiocie rozstawionym na Błoniach przemycał teatr, sygnalizował możliwości innego, nieco freakowskiego rozumienia uciążliwości życia, puszczał oko i mówił „luzik”. A przede wszystkim – przyciągnął nową publiczność, taką, która raczej do teatru nie uczęszcza. Na początku każdego z pokazów była ona dość wyraźnie skonsternowana: przyszli „na cyrk”, skoro są w cyrkowym namiocie, a tu żadnych lwów, słoni, nie ma orkiestry i cekinów… Pomimo tych mankamentów – szybko dawała się uwieść. Jest w tym coś nieodmiennie zadziwiającego – że cyrk nie dopuszcza możliwości „nie podobania się”, że zawsze zachwyca, że jest widowiskiem skutecznym.

Cyrk komercyjny przyzwyczaił nas do tych samych, zastygniętych od kilkudziesięciu lat form. To jak gdyby ruchome muzeum, widowisko-skamielina. Tak zwany Nowy Cyrk – którego przedstawicieli mieliśmy okazję oglądać na Festiwalu Sztukmistrzów w czujnym doborze kuratorki Marty Kuczyńskiej – otwarty jest na przestrzał na inspiracje, wchłania doświadczenia innych dyscyplin sztuki, jest przestrzenią eksperymentu. Punktem wyjścia we wszystkich „sztukmistrzowych” prezentacjach była ekwilibrystyczna sprawność, urzekająca płynność z jaką można podrzucać maczugi i piłki, toczyć po swoim ciele małe i wielkie kule, manipulować różnymi przedmiotami czy tańczyć w powietrzu na wstędze. Ale to tylko początek podróży. Pokazy gości z całego świata łączyło jedno – unikanie pokazu dla samego pokazu, chęć zgrabnego montowania nadzwyczajnych umiejętności w jakąś formę widowiska, jakąś opowieść lub chociaż jej zalążek (choć trzeba przyznać że nie wszystkim się to udawało). Te podróże, rozpoczęte w jednym miejscu startowym, osadzone w umiejętności żonglowania i operowania przedmiotem prowadziły widzów w bardzo różne obszary. 

Argentyński tancerz i żongler Emiliano Sanchez Alessi w niewątpliwie najlepszym spektaklu Sztukmistrzów, który mógłby być ozdobą każdego, najbardziej nawet prestiżowego festiwalu teatralnego udowodnił, że w ramach jednego konceptu zmieścić można teatralny komizm, pantomimę, taniec, żonglerkę, wciąganie publiczności, genderowe gierki. Jego „No te pongas azul” śmieszyło do łez, ale nie był to bynajmniej pusty śmiech. Hiszpanka Petra Rouchoue zaproponowała tak zwany walking show, czyli ruchomy spektakl rozgrywający się pośród przechodniów. W odjazdowym, mocno punkowym kostiumie poruszała się po najruchliwszych miejscach Lublina, z niezmąconym entuzjazmem, ignorowała bariery językowe, a rozdając dziwaczne prezenty prowokowała naburmuszonych mieszczan i zaciekawione dzieci do uśmiechu. Z kolei Johan Swartvagher z Francji zagrał wieczorem 1 sierpnia (data symboliczna) pokaz „No comprendo”, który przerodził się antymilitarny happening. Odrzucane przez publiczność żonglerskie maczugi stały się… bombami, pociskami, rozstrzeliwującymi artystę. 

Warto zauważyć, że Nowy Cyrk jest w tej chwili w Polsce jedną z najbardziej demokratycznych, otwartych i progresywnych dziedzin sztuki. W ciągu ostatnich kilku lat wiele miast i miasteczek oszalało na punkcie teatrów ognia, dziecięcej żonglerki, jazdy na monocyklu itd. Dobrze to było widoczne podczas otwierającej Festiwal Sztukmistrzów parady, w której (choć do tyłu) maszerowały i żonglowały osoby w najróżniejszym wieku. Za trzy lata odbędzie się w Lublinie European Juggling Convention, największa impreza kuglarska na świecie. Rozwijające się od lat siedemdziesiątych środowisko kuglarzy z Europy Zachodniej dostrzegło ten potencjał, i zdecydowało się postawić na Lublin.

"ZOOM" nr 9/2009

poniedziałek, 22 września 2008
rumunia z ltt

a

a

a

a

a\

a

a

a

a

a

 

a

a

a

a

a

a

sobota, 10 listopada 2007
jaka?
niedziela, 07 października 2007
kliknij i wejdź na blog teatralny MARCELI ROZWADOWSKI